Duch Święty - Duch Prawdy - Pocieszyciel
A Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem (Jn 14:26). Gdy przyjdzie Pocieszyciel, którego Ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca pochodzi, On będzie świadczył o Mnie (Jn 15:26). On zaś, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie (Jn 16:8). Gdy odpoczywali między zagrodami trzody, skrzydła gołębicy srebrem się lśniły, a jej pióra zielonkawym odcieniem złota (Ps 68:14). I ukazał mi Rzekę Wody Życia, lśniącą jak kryształ, wypływającą z tronu Boga i Baranka (Ap 22:1). A gdy spoczął na nich Duch, wpadli w uniesienie prorockie (Lb 11:25). A nie potrzeba im światła lampy i światła słońca, bo Pan Bóg będzie świecił nad nimi...(Ap 22:5). Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi (Rz 8:16). ...Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą (Łk 11:13).
Strony
Blog prowadzony przez dwóch franciszkanow: o. Adama pracującego w Niemczech i o. Dariusza pracującego
w Polsce. Znajdują się tu ich przemyślenia na temat wiary i misji.
piątek, 22 maja 2009
niedziela, 3 maja 2009
COS DLA TWARDZIELI
SZKAPLERZ – SZATA MARYI
Historia szkaplerza świętego
Historia szkaplerza sięga XII wieku, kiedy to karmelici prowadzili pustelnicze życie na Górze Karmel w Palestynie, nazywając się Braćmi Najświętszej Maryi Panny. W pierwszej połowie XIII w., prześladowani przez Turków, postanowili opuścić Ziemię Świętą, emigrując początkowo na Cypr, potem do Francji, Niemiec i Anglii.
W Europie nie powitano karmelitów przyjaźnie. Ich pustelnicze życie, ukierunkowane na modlitwę, poszukiwanie samotności i milczenia budziły niezrozumienie i posądzenia o pasożytniczy tryb życia. Zakon przeżywał poważne trudności – groziło mu rozwiązanie. Generał Zakonu św. Szymon Stock modlił się do Matki Bożej, prosząc ją o pomoc i znak jej opieki. W nocy z 15 na 16 lipca 1251 roku ujrzał Najświętszą Maryję Pannę z Góry Karmel w otoczeniu Aniołów z Dzieciątkiem Jezus na rękach. Podając mu szkaplerz, powiedziała: „Umiłowany synu, przyjmij Szkaplerz twojego Zakonu, przywilej dla ciebie i karmelitów. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”.
Od tego czasu los karmelitów zaczął się zmieniać. Zakon został zatwierdzony i wkrótce zaczął przeżywać swój rozkwit.
CZYM JEST SZKAPLERZ ?
Szkaplerz – to szata Maryi, a noszenie go wyraża na zewnątrz, że żyjemy wartościami, które symbolizuje. Mówi zatem o świadomym i dobrowolnym przyjęciu testamentu Jezusa: „Oto Matka twoja. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie”
Łaska Boża jest niewidzialna i nienamacalna, jednak przez święte znaki , do jakich należy szkaplerz, możemy ją lepiej i łatwiej zrozumieć. Szkaplerz jest symbolem, znakiem duchowej i macierzyńskiej opieki Maryi.
DLA NOSZĄCYCH SZKAPLERZ
Obietnice:
1.Kto umrze odziany szkaplerzem świętym, nie zazna ognia piekielnego.
2.Noszący(a) szkaplerz jako czciciel(ka) Matki Bożej zapewnia sobie Jej opiekę co do duszy i ciała w tym życiu i szczególną pomoc w godzinę śmierci.
3.Każdy(a), kto pobożnie nosi szkaplerz i zachowuje czystość według stanu, zostaniy wybawiony(a) z czyśćca w sobotę po swej śmierci.
4.Ci, którzy przyjęli szkaplerz, są złączeni z zakonem karmelitańskim i mają udział w jego duchowych dobrach za życia i po śmierci, a więc: we Mszach Świętych, Komuniach świętych, umartwieniach, odpustach, modlitwach, postach itp.
Obowiązki:
1.Naśladować cnoty Matki Najświętszej i szerzyć jej cześć.
2.Dniem i nocą nosić na sobie szkaplerz.
3.Odmawiać codziennie modlitwę naznaczoną w dniu przyjęcia do Szkaplerza (zazwyczaj Pod Twoją Obronę, Witaj Królowo).
4.Czynić dobrze bliźnim.
PRAKTYKI ZALECANE NOSZĄCYM SZKAPLERZ
1.Przynajmniej raz w miesiącu spowiadać się i przyjmować Komunię świętą.
2.Nawiedzać często kościół i przynajmniej przez kilka minut modlić się do Matki Bożej.
3.Od czasu do czasu z miłości do Matki Bożej wyrzec się czegoś dozwolonego (drobne umartwienia).
PORADY I WYJAŚNIENIA PRAKTYCZNE
1.Szkaplerz sukienny i medalik szkaplerzny mają taką samą wartość duchową. Chociaż przyjęcie powinno dokonać się przy pomocy szkaplerza sukiennego (dwa płatki brązowego sukna), można go później, według osobistego uznania, zastąpić medalikiem szkaplerznym. Czynimy już to sami. Medalik szkaplerzny powinien mieć z jednej strony wizerunek Najświętszego Serca Jezusa, a z drugiej strony wizerunek Matki Bożej ze szkaplerzem w dłoni.
2.Przyjęcie do Szkaplerza dokonuje się tylko raz. Gdy zniszczy się nam sukienny szkaplerz albo zgubimy medalik, nabywamy nowy i nakładamy go sobie prywatnie.
3.Nie jest wymagane poświęcenie nowego szkaplerza. Gdybyśmy jednak tego chcieli, może to uczynić każdy kapłan.
4.Nie przyjmuje się do bractwa lub rodziny Szkaplerza świętego osób nieobecnych.
5.Wyjątek stanowią osoby ciężko chore, żołnierze lub więźniowie. Można przesłać im poświęcony szkaplerz, by założyli go sobie i podjęli praktykę nabożeństwa. Gdy ustaną przeszkody, powinni przyjąć go na nowo z ręki kapłana.
6.Zniszczony sukienny szkaplerz najlepiej spalić. Nie powinniśmy go wyrzucać do śmieci, gdyż byłoby to świadectwem braku czci dla samego znaku, jak i dla Tej, od której go otrzymaliśmy.
7.Jeśli ktoś, przyjąwszy szkaplerz, nie nosił go dłuższy czas czy to przez zapomnienie czy z niedbalstwa, czy też z powodu zagubienia go, nie musi na nowo przyjmować go z rąk kapłana. Wystarczy, gdy sam sobie go ponownie założy, żałując za zaniedbania i podejmując wymogi nabożeństwa.
8.Gdyby ktoś odrzucił szkaplerz z pogardy, a zrozumiawszy, że źle uczynił, chciał
9.powrócić do praktyki nabożeństwa, powinien ponownie otrzymać szkaplerz od kapłana.
10.Stolica Święta nie widzi przeszkód, aby szkaplerzem odziewać małe dzieci.
11.zaleca się jednak, aby były w takim wieku, by mogły zrozumieć podstawowe prawdy wiary. Wiedząc, kim jest Maryja, owocniej będą mogły przyjąć dar Jej macierzyńskiej miłości.
12.Szkaplerz najlepiej nosić na szyi. Najczęściej wierni skrywają go dyskretnie pod ubiorem. Nie czyni zadość obowiązkom nabożeństwa ten, kto przyjąwszy szkaplerz wiesza go np. w mieszkaniu na ścianie. Wielkość łask obiecanych przez Maryję domaga się od nas noszenia szkaplerza w sposób godny.
Liturgiczne wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel,
tzn. MATKI BOŻEJ SZKAPLERZNEJ obchodzimy w dniu 16 lipca.
Historia szkaplerza świętego
Historia szkaplerza sięga XII wieku, kiedy to karmelici prowadzili pustelnicze życie na Górze Karmel w Palestynie, nazywając się Braćmi Najświętszej Maryi Panny. W pierwszej połowie XIII w., prześladowani przez Turków, postanowili opuścić Ziemię Świętą, emigrując początkowo na Cypr, potem do Francji, Niemiec i Anglii.
W Europie nie powitano karmelitów przyjaźnie. Ich pustelnicze życie, ukierunkowane na modlitwę, poszukiwanie samotności i milczenia budziły niezrozumienie i posądzenia o pasożytniczy tryb życia. Zakon przeżywał poważne trudności – groziło mu rozwiązanie. Generał Zakonu św. Szymon Stock modlił się do Matki Bożej, prosząc ją o pomoc i znak jej opieki. W nocy z 15 na 16 lipca 1251 roku ujrzał Najświętszą Maryję Pannę z Góry Karmel w otoczeniu Aniołów z Dzieciątkiem Jezus na rękach. Podając mu szkaplerz, powiedziała: „Umiłowany synu, przyjmij Szkaplerz twojego Zakonu, przywilej dla ciebie i karmelitów. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”.
Od tego czasu los karmelitów zaczął się zmieniać. Zakon został zatwierdzony i wkrótce zaczął przeżywać swój rozkwit.
CZYM JEST SZKAPLERZ ?
Szkaplerz – to szata Maryi, a noszenie go wyraża na zewnątrz, że żyjemy wartościami, które symbolizuje. Mówi zatem o świadomym i dobrowolnym przyjęciu testamentu Jezusa: „Oto Matka twoja. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie”
Łaska Boża jest niewidzialna i nienamacalna, jednak przez święte znaki , do jakich należy szkaplerz, możemy ją lepiej i łatwiej zrozumieć. Szkaplerz jest symbolem, znakiem duchowej i macierzyńskiej opieki Maryi.
DLA NOSZĄCYCH SZKAPLERZ
Obietnice:
1.Kto umrze odziany szkaplerzem świętym, nie zazna ognia piekielnego.
2.Noszący(a) szkaplerz jako czciciel(ka) Matki Bożej zapewnia sobie Jej opiekę co do duszy i ciała w tym życiu i szczególną pomoc w godzinę śmierci.
3.Każdy(a), kto pobożnie nosi szkaplerz i zachowuje czystość według stanu, zostaniy wybawiony(a) z czyśćca w sobotę po swej śmierci.
4.Ci, którzy przyjęli szkaplerz, są złączeni z zakonem karmelitańskim i mają udział w jego duchowych dobrach za życia i po śmierci, a więc: we Mszach Świętych, Komuniach świętych, umartwieniach, odpustach, modlitwach, postach itp.
Obowiązki:
1.Naśladować cnoty Matki Najświętszej i szerzyć jej cześć.
2.Dniem i nocą nosić na sobie szkaplerz.
3.Odmawiać codziennie modlitwę naznaczoną w dniu przyjęcia do Szkaplerza (zazwyczaj Pod Twoją Obronę, Witaj Królowo).
4.Czynić dobrze bliźnim.
PRAKTYKI ZALECANE NOSZĄCYM SZKAPLERZ
1.Przynajmniej raz w miesiącu spowiadać się i przyjmować Komunię świętą.
2.Nawiedzać często kościół i przynajmniej przez kilka minut modlić się do Matki Bożej.
3.Od czasu do czasu z miłości do Matki Bożej wyrzec się czegoś dozwolonego (drobne umartwienia).
PORADY I WYJAŚNIENIA PRAKTYCZNE
1.Szkaplerz sukienny i medalik szkaplerzny mają taką samą wartość duchową. Chociaż przyjęcie powinno dokonać się przy pomocy szkaplerza sukiennego (dwa płatki brązowego sukna), można go później, według osobistego uznania, zastąpić medalikiem szkaplerznym. Czynimy już to sami. Medalik szkaplerzny powinien mieć z jednej strony wizerunek Najświętszego Serca Jezusa, a z drugiej strony wizerunek Matki Bożej ze szkaplerzem w dłoni.
2.Przyjęcie do Szkaplerza dokonuje się tylko raz. Gdy zniszczy się nam sukienny szkaplerz albo zgubimy medalik, nabywamy nowy i nakładamy go sobie prywatnie.
3.Nie jest wymagane poświęcenie nowego szkaplerza. Gdybyśmy jednak tego chcieli, może to uczynić każdy kapłan.
4.Nie przyjmuje się do bractwa lub rodziny Szkaplerza świętego osób nieobecnych.
5.Wyjątek stanowią osoby ciężko chore, żołnierze lub więźniowie. Można przesłać im poświęcony szkaplerz, by założyli go sobie i podjęli praktykę nabożeństwa. Gdy ustaną przeszkody, powinni przyjąć go na nowo z ręki kapłana.
6.Zniszczony sukienny szkaplerz najlepiej spalić. Nie powinniśmy go wyrzucać do śmieci, gdyż byłoby to świadectwem braku czci dla samego znaku, jak i dla Tej, od której go otrzymaliśmy.
7.Jeśli ktoś, przyjąwszy szkaplerz, nie nosił go dłuższy czas czy to przez zapomnienie czy z niedbalstwa, czy też z powodu zagubienia go, nie musi na nowo przyjmować go z rąk kapłana. Wystarczy, gdy sam sobie go ponownie założy, żałując za zaniedbania i podejmując wymogi nabożeństwa.
8.Gdyby ktoś odrzucił szkaplerz z pogardy, a zrozumiawszy, że źle uczynił, chciał
9.powrócić do praktyki nabożeństwa, powinien ponownie otrzymać szkaplerz od kapłana.
10.Stolica Święta nie widzi przeszkód, aby szkaplerzem odziewać małe dzieci.
11.zaleca się jednak, aby były w takim wieku, by mogły zrozumieć podstawowe prawdy wiary. Wiedząc, kim jest Maryja, owocniej będą mogły przyjąć dar Jej macierzyńskiej miłości.
12.Szkaplerz najlepiej nosić na szyi. Najczęściej wierni skrywają go dyskretnie pod ubiorem. Nie czyni zadość obowiązkom nabożeństwa ten, kto przyjąwszy szkaplerz wiesza go np. w mieszkaniu na ścianie. Wielkość łask obiecanych przez Maryję domaga się od nas noszenia szkaplerza w sposób godny.
Liturgiczne wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel,
tzn. MATKI BOŻEJ SZKAPLERZNEJ obchodzimy w dniu 16 lipca.
wtorek, 21 kwietnia 2009
BENEDYKT XVI
Chodzi o Boga
ks. Jerzy Szymik, teolog, poeta, profesor Wydziału Teologii Uniwersytetu Śląskiego
Pierwszeństwo Boga jest punktem ciężkości myśli Benedykta XVI. Tu leży prawdziwa istota negowania Papieża i źródło jego cierpienia. Nie chodzi o cofnięcie ekskomuniki lefebrystów, o prezerwatywy w Afryce czy o liturgiczny tradycjonalizm. Tak naprawdę, pod dnem tych wszystkich zwarć, chodzi o Boga.
Jest jednym z największych darów Boga dla naszego świata i dla naszego czasu. Mówi – jak kiedyś określił służbę papieża Jan Paweł II – „do nas i za nas”. On sam powiada, że papiestwo jest przeciwpowodziowym wałem ochronnym dla świata. Ryzykuje wiele, myślę, że znacznie więcej niż się powszechnie sądzi. Jak pisał tuż po konklawe Peter Seewald, autor przeprowadzonych z Nim bestsellerowych wywiadów rzek: „jest prawdopodobnie najbardziej znienawidzonym człowiekiem na świecie”.
Jego poprzednika kilkakrotnie usiłowano zabić. Ale jeszcze jako kardynał, w 1997 roku, podczas wywiadu dla bawarskiej telewizji, na pytanie o strach, powiedział: „boję się tylko u dentysty”. Choć też pokornie prosił, już jako papież, w grudniu 2005 roku: „Módlcie się za mnie, abym nie uciekał z obawy przed wilkami”.
Właśnie mijają cztery lata jego pontyfikatu. Cztery lata od pamiętnej inauguracyjnej homilii, podczas której padły słowa: „Cierpimy z powodu cierpliwości Boga. Tymczasem wszyscy potrzebujemy Jego cierpliwości”, słowa, których słuchałem z wewnętrznym dreszczem i dzięki którym zaczynałem rozumieć, że po śmierci Jana Pawła II Bóg nie zostawił nas sierotami. Że mamy Ojca.
Bóg jest Słońcem, ja – Ziemią
Najważniejszym i najgłębszym tematem jego nauczania jest absolutny prymat Boga – w myśleniu, życiu, urządzaniu świata. To trudne do pojęcia, ale kwestia ta – że radykalne pierwszeństwo Boga jest punktem ciężkości myśli Benedykta XVI – jest prawie zupełnie nieobecna w mediach. Jedną z przyczyn jest bez wątpienia lęk przed nawróceniem: trzeba uciszyć (ośmieszyć, wypaczyć, zakneblować) proroka. Wiem o tym sporo, i jako duszpasterz, i jako grzesznik… Tymczasem właśnie głoszeniu prymatu Boga Benedykt XVI poświęcił 4 lata papiestwa i 50 wcześniejszych lat pastersko-teologicznej aktywności.
„Wszystkie odpowiedzi, które nie sięgają aż do Boga, są za krótkie” – to z jego homilii w Monachium (10 września 2006 r.). Przejmujący refren, którego głosem Bóg puka do serca świata i upomina się o każde ze swoich dzieci, jest obecny we wszystkich katechezach, encyklikach, homiliach tego czterolecia. Refren brzmi: Bóg jest i jest Bogiem. Przybiera różne formy. Że człowieka, jego życie i serce, można pojąć jedynie w perspektywie Boga. Że tylko serce przemienione przez Boga jest w stanie przemieniać świat ku dobru.
Że to teizm jest sposobem na nędzę (moralną, duchową, także materialną, ekonomiczną), a nie ateizm (jako zablokowanie przed Bogiem serca; co nie jest wycelowane przeciwko niewierzącym, bo granica między wiarą i niewiarą przebiega przez każde ludzkie serce; ale co też nie jest łatwym usprawiedliwieniem ateizmu ani praktykowanego à la mode agnostycyzmu). Że konflikt z Bogiem jest przyczyną wszystkich nieszczęść człowieka. Że sprawa z Bogiem jest kluczem do naszych najgłębszych udręk. Że nie może być pokoju na ziemi, jeśli Bóg stracił dla ludzi znaczenie. Że kto myśli jak Bóg, myśli dobrze; kto mówi jak Bóg, mówi dobrze. Że konieczny jest przewrót kopernikański w każdym ludzkim życiu: Bóg jest Słońcem, ja – Ziemią.
To wszystko są cytaty bądź parafrazy jego własnych słów. To on pisał 33 lata temu w „Bogu Jezusa Chrystusa”: „(…) musi być mocno wypowiedziane podstawowe wyznanie: »Bóg jest«. Najpierw trzeba przywołać na pamięć święty majestat Tego, od którego wszystko pochodzi (…) Gdzie nie jest on dostrzegany, tam nie tylko traci wszelkie napięcie i wszelki sens dramat dziejów, dramat człowieczeństwa; tam również człowiek nie staje się coraz większy, lecz coraz mniejszy; nie jest on już przecież w świecie czymś »u góry«, lecz jedną z jego igraszek, w których świat wypróbowuje swoje własne możliwości – »nie rozeznanym jeszcze zwierzęciem« (Nietzsche)”.
To on pisał niedawno, w marcu, w liście do biskupów: „Najważniejszym priorytetem jest uobecnianie Boga w świecie i otwieranie ludziom dostępu do Boga. Nie do jakiegokolwiek boga, ale tego Boga, który mówił na Synaju; do tego Boga, którego oblicze rozpoznajemy w miłości, która daje się do końca (por. J 13,1) – w Jezusie Chrystusie ukrzyżowanym i zmartwychwstałym. Prawdziwym problemem w obecnej chwili dziejowej jest to, że Bóg znika z horyzontu ludzi oraz że wraz z gaśnięciem pochodzącego od Boga światła ludzkość traci orientację, a niszczące skutki tego procesu stają się coraz bardziej widoczne. Prowadzić ludzi do Boga, do Boga, który mówi w Biblii: to właśnie jest obecnie najwyższy i podstawowy priorytet Kościoła oraz Następcy Piotra”.
Bardzo ważne: nie chodzi o to, żeby nasze było na wierzchu! Chodzi o dobro każdej siostry, każdego brata na tym świecie. Nie mamy nic większego do dania siostrom/braciom jak pokorna pomoc w drodze ku Bogu. Chrześcijaństwo jest odpowiedzialne nie tylko za swoich wyznawców, Kościół nie może być egoistą: Bóg jest dla wszystkich!!! Nie wolno Kościołowi zamykać Boga w zakrystii. Bo jeśli Kościół Boga (prawdy) nie głosi, to Go (ją – prawdę) właśnie stracił i nie jest Go (jej) godny.
Oczywiście w nauczaniu Benedykta XVI występują też te wszystkie elementy, które stanowią o integralności katolickiej doktryny i etyki: wiara, nadzieja, miłość, prawda, wolność, Kościół, sakramenty, modlitwa, cierpienie, radość, sumienie, zasady moralne etc. etc. Ale absolutne pierwszeństwo przypada prymatowi Boga. I to – powtórzmy za Papieżem – nie „jakiegokolwiek boga”, ale Boga z Synaju, Boga z krzyża, Boga wskrzeszającego Jezusa, Boga dającego Pocieszyciela, Boga Kościoła. W czasie pierwszej katechezy (27 kwietnia 2005 r.) wpisał w papieski program zdanie z reguły swojego świętego imiennika, Benedykta z Nursji: „Absolutnie nic nie przedkładać nad Chrystusa”. Niedawno przypomniał nieodzowność zasady św. Ambrożego: „Chrystus jest dla nas wszystkim”.
Dotknijmy go obelgą, bo nam niewygodny
Oto serce nauki Benedykta XVI: Bóg Trójjedyny. I tu też, w owym centralnym, newralgicznym punkcie, leży prawdziwa istota negowania Papieża i źródło jego cierpienia. Nie chodzi o cofnięcie ekskomuniki lefebrystów, o prezerwatywy w Afryce czy o liturgiczny tradycjonalizm. Albo o wydumane bądź faktyczne elementy konserwatywne w jego myśleniu. A jeśli już, to chodzi o nie trzeciorzędnie. I są one jedynie odpryskiem konfliktu zasadniczego, formą jego artykulacji. Bo tak naprawdę, pod dnem tych wszystkich zwarć, chodzi o Boga. To tego nie daruje nigdy szatan i jego akolici: bezkompromisowości głoszenia prawdy o Bogu – że Bóg jest i jest Bogiem. To jest najbardziej diabelskie z diabelskich pragnień: żeby Boga nie było, żeby o Nim zapomnieć, wziąć Go w nawias przy urządzaniu świata, przekreślić Go, zdyskredytować, wyciąć z ludzkiej świadomości i życia. Zastąpić bożkiem (jakimkolwiek: złotym cielcem kursu franka szwajcarskiego, joggingiem, emancypacją, sztuką, władzą, wolnością definiowaną jako samowola, majstrowaniem przy cudzie ludzkiego życia etc.). W sumie – własnym ego. Wszyscy, bez wyjątku, potrzebujemy nawrócenia. Od bożków do Boga.
Benedykt XVI ma odwagę (i czelność) rzucić w twarz potęgom współczesności tezę, której absolutnie głosić nie wolno pod najwyższą karą wykluczenia, cywilnej śmierci i wtrącenia do lochu dla oszołomów. Teza brzmi: „Modernizacja nie jest Bogiem; Bogiem jest jedynie Bóg”. Modernizacja jest dobra, jeśli służy dobru, czyli sprawie większej od siebie samej: sprawie z Bogiem. Tylko wtedy przyniesie ona człowiekowi dobro. Ale takich poglądów podważających sam fundament konstrukcji życia (budujemy na autonomii czy na zależności od Boga? Celem jest dobrobyt czy Bóg? Kto jest Słońcem, kto Ziemią?) się nie wybacza. A żeby można je bezpiecznie atakować, stępimy im ostrze i nazwiemy „fobią wobec współczesności”, a jego samego „nieludzkim pesymistą” i „rottweilerem Pana Boga”. „Nie lubi młodzieży”, „budzi trwogę”, „hamulcowy” i „pancerny”. Prawdy nie zniesie żadna bezbożna część naszego serca, ani naszego świata. Jak to było ze sprawiedliwym w Księdze Mądrości? „Dotknijmy go obelgą”, „bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów. Chełpi się, że zna Boga…” (Mdr 2,12–20). Nie zniesie; chyba – i to jest najgłębszym pragnieniem i celem papieskiej pracy i cierpienia – że chce się nawrócić…
Skala obłędu? Nieograniczona zapewne. Drobny przykład. James Martin SJ, redaktor katolickiego (! – J.Sz.) miesięcznika „America”: „Kiedy w kwietniu 2005 r., tuż po zakończeniu konklawe, Benedykt XVI wyszedł na balkon w Watykanie, ja miałem ochotę z jakiegoś balkonu skoczyć”. Rozumiem, że tak reagowali sekretarze PZPR 16 października 1978 roku, ale jezuita, po wyborze papieża? I po trzech latach dalszy ciąg wspomnień Martina: „Zacząłem odczuwać podziw lub nawet sympatię (! – J.Sz.) dla papieża, którego wybór kiedyś napełniał mnie rozpaczą” (! – J.Sz.; cytuję za M. Rittenhouse, „Tygodnik Powszechny”, 27.04.2008). Żeby nie było wątpliwości: krytyczne myślenie jest nie tylko dopuszczalne, ale konieczne w Kościele i wobec Kościoła – dla dobra Kościoła, dla dobra świata.
Także Papież nie jest nieomylny poza uroczystym nauczaniem w dziedzinie wiary i moralności. Ale jednak ważny jest styl, w jakim się to robi, jakieś fundamentalne poczucie proporcji, skromność (kim ja jestem? Że rezygnuję ze skoku z balkonu, a już odczuwam „nawet sympatię”???). Niestety, ostatnie miesiące pokazują, że przypadek amerykańskiego redaktora nie jest odosobniony. Starych i niemodnych cnót – przyzwoitości, cierpliwości, uważności, owoców kindersztuby – brakuje bardzo w publicznym dyskursie. W każdym razie zachowują wartość (rosnącą!) słowa Seewalda sprzed czterech lat: „Bóg zatwierdził swojego sługę Josepha Ratzingera jako namiestnika Jezusa Chrystusa na ziemi. Jeśli istnieje Duch Święty, to Jego wskazówka jest niedwuznaczna i bezsporna. Brzmiała: od teraz wszyscy przeciwnicy wieloletniego Stróża Wiary, o ile traktują jeszcze poważnie swój katolicyzm, mają pewien problem”.
Diabeł nie ma kolan
Jak rozwiązać ten „pewien problem”, którego lwia część polega na tym, iż papieskie słowa (i w ogóle jakiekolwiek pasterskie) najzwyczajniej nie odpowiadają mojemu dotychczasowemu myśleniu i moim oczekiwaniom? Rzadko obecna w publicznym dyskursie jest postawa następująca (namawiam do niej siebie i wszystkich słuchaczy Słowa): może to, co słyszę, a co jest pod prąd mojego myślenia i życia, to sygnał z bardzo wysoka, sygnał, który ma mi pomóc zmienić mój sposób myślenia na inny, nowy, może dopiero teraz zgodny z wolą Boga? Może głosem Papieża upomina się o mnie sam Bóg? Może trzeba zgiąć kark i uklęknąć? Bo co to znaczy – dla mnie, dla nas – że Bóg dał nam na ten czas i na te problemy właśnie Benedykta XVI? Czyż metanoia (po grecku „nawrócenie”) nie oznacza „zmiany sposobu myślenia”? Pisząc te słowa, myślę głównie o sobie jako ich adresacie, ale też dedykuję je wszystkim. I piszę to bardzo szczerze.
Diabeł nie ma kolan. Taką metaforę (prawda, że śliczną?) zawiera opis portretu szatana zawarty w jednym z apoftegmatów Ojców Pustyni. Niezdolność klęczenia, zgięcia karku, okazuje się zatem istotą diaboliczności (wyczytałem to w pismach kardynała Ratzingera, a jakże). Świat, który zbudowaliśmy, cierpi na przerażający deficyt pokory. Pewien rodzaj buty i arogancji uchodzi wręcz za element prawdziwego wyzwolenia. Krytycyzm wobec Kościoła jako wyraz miłości Kościoła? Owszem, nieraz tak bywa, i również tą drogą Bóg dociera ze swoim Słowem do ludzkich serc. Ale warto przemyśleć tych kilka zdań sprzed 40 lat, zdań przyszłego Papieża: „Gdy krytyka Kościoła nabywa złośliwej goryczy, w gruncie rzeczy działa zawsze ukryta pycha, która dziś zaczyna się już stawać nagminna. (…) Ludzie prawdziwie wierzący nie przywiązują wielkiej wagi do walki o odnowę form kościelnych. (…) Kościół bowiem najbardziej jest nie tam, gdzie się organizuje, reformuje, rządzi, tylko w tych, którzy po prostu wierzą i w nim przyjmują dar wiary, stający się dla nich życiem. Tylko ten, kto doświadczył, jak – mimo zmiany swych sług i swych form – Kościół dźwiga ludzi, daje im ojczyznę i nadzieję, ojczyznę, która jest nadzieją: drogą do życia wiecznego, tylko ten, kto tego doświadczył, wie, czym jest Kościół, zarówno niegdyś, jak i obecnie”.
Jasne, że Kościół ma za co przepraszać Boga i ludzi, i Jan Paweł II około roku 2000 zrobił w tej kwestii niemało, pokornie i słusznie. Ale ostateczna prawda o grzechu i świętości Kościoła sięga prawdy mojego serca, i najtrafniej wyraża ją fragment mszalnej modlitwy o pokój: „Nie zważaj na grzechy nasze, ale na wiarę swojego Kościoła”. Ta modlitwa nieraz dziś przybiera formę przewrotną i brzmi w niejednych ustach tak: „Nie zważaj na grzechy Kościoła, ale na moją wiarę” – która to inwersja stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo dla prawdy, dla wiary, dla serca… O tym również uczy Benedykt XVI.
Nie jest sam
Chcieć cierpieć dla prawdy i miłości, nie wyć z wilkami, proponuje w „Jezusie z Nazaretu”. Jest w filmie Wieczyńskiego „Popiełuszko. Wolność jest w nas” scena, kiedy to ks. Jerzy, już zaszczuty i osaczony przez ubecję, przytula się w jakiejś ostatecznej samotności do pralki „Frania” i spazmatycznie szlocha. Genialna scena. Jeśli ktoś odważy się na tę skalę czystości i jednoznaczności sprzeciwić Złemu i złu – pozostanie najstraszliwiej samotny. Tak było z Jezusem. Myślę, że sytuacja duchowa Benedykta XVI jest – w swej istocie – analogiczna. Ale właśnie na takie okazje ma Papież swój ukochany cytat z pism średniowiecznego teologa Wilhelma z Saint-Thierry: „Kto jest z Bogiem, ten nigdy nie jest mniej samotny niż wtedy, kiedy jest sam”. I przypomina w „Spe salvi”, że współcierpiący z nami Bóg jest Pocieszycielem samotnych. Po łacinie „pocieszenie” to consolatio, czyli „bycie-razem w samotności”, która tym samym przestaje być samotnością. Bóg jest zawsze blisko, najbliżej. Tego Ci życzymy, Ojcze Święty. Bo i my, Twój Kościół, Twoja rodzina, nie jesteśmy daleko od Ciebie i Twojego krzyża. Wiedz o tym.
ks. Jerzy Szymik, teolog, poeta, profesor Wydziału Teologii Uniwersytetu Śląskiego
Pierwszeństwo Boga jest punktem ciężkości myśli Benedykta XVI. Tu leży prawdziwa istota negowania Papieża i źródło jego cierpienia. Nie chodzi o cofnięcie ekskomuniki lefebrystów, o prezerwatywy w Afryce czy o liturgiczny tradycjonalizm. Tak naprawdę, pod dnem tych wszystkich zwarć, chodzi o Boga.
Jest jednym z największych darów Boga dla naszego świata i dla naszego czasu. Mówi – jak kiedyś określił służbę papieża Jan Paweł II – „do nas i za nas”. On sam powiada, że papiestwo jest przeciwpowodziowym wałem ochronnym dla świata. Ryzykuje wiele, myślę, że znacznie więcej niż się powszechnie sądzi. Jak pisał tuż po konklawe Peter Seewald, autor przeprowadzonych z Nim bestsellerowych wywiadów rzek: „jest prawdopodobnie najbardziej znienawidzonym człowiekiem na świecie”.
Jego poprzednika kilkakrotnie usiłowano zabić. Ale jeszcze jako kardynał, w 1997 roku, podczas wywiadu dla bawarskiej telewizji, na pytanie o strach, powiedział: „boję się tylko u dentysty”. Choć też pokornie prosił, już jako papież, w grudniu 2005 roku: „Módlcie się za mnie, abym nie uciekał z obawy przed wilkami”.
Właśnie mijają cztery lata jego pontyfikatu. Cztery lata od pamiętnej inauguracyjnej homilii, podczas której padły słowa: „Cierpimy z powodu cierpliwości Boga. Tymczasem wszyscy potrzebujemy Jego cierpliwości”, słowa, których słuchałem z wewnętrznym dreszczem i dzięki którym zaczynałem rozumieć, że po śmierci Jana Pawła II Bóg nie zostawił nas sierotami. Że mamy Ojca.
Bóg jest Słońcem, ja – Ziemią
Najważniejszym i najgłębszym tematem jego nauczania jest absolutny prymat Boga – w myśleniu, życiu, urządzaniu świata. To trudne do pojęcia, ale kwestia ta – że radykalne pierwszeństwo Boga jest punktem ciężkości myśli Benedykta XVI – jest prawie zupełnie nieobecna w mediach. Jedną z przyczyn jest bez wątpienia lęk przed nawróceniem: trzeba uciszyć (ośmieszyć, wypaczyć, zakneblować) proroka. Wiem o tym sporo, i jako duszpasterz, i jako grzesznik… Tymczasem właśnie głoszeniu prymatu Boga Benedykt XVI poświęcił 4 lata papiestwa i 50 wcześniejszych lat pastersko-teologicznej aktywności.
„Wszystkie odpowiedzi, które nie sięgają aż do Boga, są za krótkie” – to z jego homilii w Monachium (10 września 2006 r.). Przejmujący refren, którego głosem Bóg puka do serca świata i upomina się o każde ze swoich dzieci, jest obecny we wszystkich katechezach, encyklikach, homiliach tego czterolecia. Refren brzmi: Bóg jest i jest Bogiem. Przybiera różne formy. Że człowieka, jego życie i serce, można pojąć jedynie w perspektywie Boga. Że tylko serce przemienione przez Boga jest w stanie przemieniać świat ku dobru.
Że to teizm jest sposobem na nędzę (moralną, duchową, także materialną, ekonomiczną), a nie ateizm (jako zablokowanie przed Bogiem serca; co nie jest wycelowane przeciwko niewierzącym, bo granica między wiarą i niewiarą przebiega przez każde ludzkie serce; ale co też nie jest łatwym usprawiedliwieniem ateizmu ani praktykowanego à la mode agnostycyzmu). Że konflikt z Bogiem jest przyczyną wszystkich nieszczęść człowieka. Że sprawa z Bogiem jest kluczem do naszych najgłębszych udręk. Że nie może być pokoju na ziemi, jeśli Bóg stracił dla ludzi znaczenie. Że kto myśli jak Bóg, myśli dobrze; kto mówi jak Bóg, mówi dobrze. Że konieczny jest przewrót kopernikański w każdym ludzkim życiu: Bóg jest Słońcem, ja – Ziemią.
To wszystko są cytaty bądź parafrazy jego własnych słów. To on pisał 33 lata temu w „Bogu Jezusa Chrystusa”: „(…) musi być mocno wypowiedziane podstawowe wyznanie: »Bóg jest«. Najpierw trzeba przywołać na pamięć święty majestat Tego, od którego wszystko pochodzi (…) Gdzie nie jest on dostrzegany, tam nie tylko traci wszelkie napięcie i wszelki sens dramat dziejów, dramat człowieczeństwa; tam również człowiek nie staje się coraz większy, lecz coraz mniejszy; nie jest on już przecież w świecie czymś »u góry«, lecz jedną z jego igraszek, w których świat wypróbowuje swoje własne możliwości – »nie rozeznanym jeszcze zwierzęciem« (Nietzsche)”.
To on pisał niedawno, w marcu, w liście do biskupów: „Najważniejszym priorytetem jest uobecnianie Boga w świecie i otwieranie ludziom dostępu do Boga. Nie do jakiegokolwiek boga, ale tego Boga, który mówił na Synaju; do tego Boga, którego oblicze rozpoznajemy w miłości, która daje się do końca (por. J 13,1) – w Jezusie Chrystusie ukrzyżowanym i zmartwychwstałym. Prawdziwym problemem w obecnej chwili dziejowej jest to, że Bóg znika z horyzontu ludzi oraz że wraz z gaśnięciem pochodzącego od Boga światła ludzkość traci orientację, a niszczące skutki tego procesu stają się coraz bardziej widoczne. Prowadzić ludzi do Boga, do Boga, który mówi w Biblii: to właśnie jest obecnie najwyższy i podstawowy priorytet Kościoła oraz Następcy Piotra”.
Bardzo ważne: nie chodzi o to, żeby nasze było na wierzchu! Chodzi o dobro każdej siostry, każdego brata na tym świecie. Nie mamy nic większego do dania siostrom/braciom jak pokorna pomoc w drodze ku Bogu. Chrześcijaństwo jest odpowiedzialne nie tylko za swoich wyznawców, Kościół nie może być egoistą: Bóg jest dla wszystkich!!! Nie wolno Kościołowi zamykać Boga w zakrystii. Bo jeśli Kościół Boga (prawdy) nie głosi, to Go (ją – prawdę) właśnie stracił i nie jest Go (jej) godny.
Oczywiście w nauczaniu Benedykta XVI występują też te wszystkie elementy, które stanowią o integralności katolickiej doktryny i etyki: wiara, nadzieja, miłość, prawda, wolność, Kościół, sakramenty, modlitwa, cierpienie, radość, sumienie, zasady moralne etc. etc. Ale absolutne pierwszeństwo przypada prymatowi Boga. I to – powtórzmy za Papieżem – nie „jakiegokolwiek boga”, ale Boga z Synaju, Boga z krzyża, Boga wskrzeszającego Jezusa, Boga dającego Pocieszyciela, Boga Kościoła. W czasie pierwszej katechezy (27 kwietnia 2005 r.) wpisał w papieski program zdanie z reguły swojego świętego imiennika, Benedykta z Nursji: „Absolutnie nic nie przedkładać nad Chrystusa”. Niedawno przypomniał nieodzowność zasady św. Ambrożego: „Chrystus jest dla nas wszystkim”.
Dotknijmy go obelgą, bo nam niewygodny
Oto serce nauki Benedykta XVI: Bóg Trójjedyny. I tu też, w owym centralnym, newralgicznym punkcie, leży prawdziwa istota negowania Papieża i źródło jego cierpienia. Nie chodzi o cofnięcie ekskomuniki lefebrystów, o prezerwatywy w Afryce czy o liturgiczny tradycjonalizm. Albo o wydumane bądź faktyczne elementy konserwatywne w jego myśleniu. A jeśli już, to chodzi o nie trzeciorzędnie. I są one jedynie odpryskiem konfliktu zasadniczego, formą jego artykulacji. Bo tak naprawdę, pod dnem tych wszystkich zwarć, chodzi o Boga. To tego nie daruje nigdy szatan i jego akolici: bezkompromisowości głoszenia prawdy o Bogu – że Bóg jest i jest Bogiem. To jest najbardziej diabelskie z diabelskich pragnień: żeby Boga nie było, żeby o Nim zapomnieć, wziąć Go w nawias przy urządzaniu świata, przekreślić Go, zdyskredytować, wyciąć z ludzkiej świadomości i życia. Zastąpić bożkiem (jakimkolwiek: złotym cielcem kursu franka szwajcarskiego, joggingiem, emancypacją, sztuką, władzą, wolnością definiowaną jako samowola, majstrowaniem przy cudzie ludzkiego życia etc.). W sumie – własnym ego. Wszyscy, bez wyjątku, potrzebujemy nawrócenia. Od bożków do Boga.
Benedykt XVI ma odwagę (i czelność) rzucić w twarz potęgom współczesności tezę, której absolutnie głosić nie wolno pod najwyższą karą wykluczenia, cywilnej śmierci i wtrącenia do lochu dla oszołomów. Teza brzmi: „Modernizacja nie jest Bogiem; Bogiem jest jedynie Bóg”. Modernizacja jest dobra, jeśli służy dobru, czyli sprawie większej od siebie samej: sprawie z Bogiem. Tylko wtedy przyniesie ona człowiekowi dobro. Ale takich poglądów podważających sam fundament konstrukcji życia (budujemy na autonomii czy na zależności od Boga? Celem jest dobrobyt czy Bóg? Kto jest Słońcem, kto Ziemią?) się nie wybacza. A żeby można je bezpiecznie atakować, stępimy im ostrze i nazwiemy „fobią wobec współczesności”, a jego samego „nieludzkim pesymistą” i „rottweilerem Pana Boga”. „Nie lubi młodzieży”, „budzi trwogę”, „hamulcowy” i „pancerny”. Prawdy nie zniesie żadna bezbożna część naszego serca, ani naszego świata. Jak to było ze sprawiedliwym w Księdze Mądrości? „Dotknijmy go obelgą”, „bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów. Chełpi się, że zna Boga…” (Mdr 2,12–20). Nie zniesie; chyba – i to jest najgłębszym pragnieniem i celem papieskiej pracy i cierpienia – że chce się nawrócić…
Skala obłędu? Nieograniczona zapewne. Drobny przykład. James Martin SJ, redaktor katolickiego (! – J.Sz.) miesięcznika „America”: „Kiedy w kwietniu 2005 r., tuż po zakończeniu konklawe, Benedykt XVI wyszedł na balkon w Watykanie, ja miałem ochotę z jakiegoś balkonu skoczyć”. Rozumiem, że tak reagowali sekretarze PZPR 16 października 1978 roku, ale jezuita, po wyborze papieża? I po trzech latach dalszy ciąg wspomnień Martina: „Zacząłem odczuwać podziw lub nawet sympatię (! – J.Sz.) dla papieża, którego wybór kiedyś napełniał mnie rozpaczą” (! – J.Sz.; cytuję za M. Rittenhouse, „Tygodnik Powszechny”, 27.04.2008). Żeby nie było wątpliwości: krytyczne myślenie jest nie tylko dopuszczalne, ale konieczne w Kościele i wobec Kościoła – dla dobra Kościoła, dla dobra świata.
Także Papież nie jest nieomylny poza uroczystym nauczaniem w dziedzinie wiary i moralności. Ale jednak ważny jest styl, w jakim się to robi, jakieś fundamentalne poczucie proporcji, skromność (kim ja jestem? Że rezygnuję ze skoku z balkonu, a już odczuwam „nawet sympatię”???). Niestety, ostatnie miesiące pokazują, że przypadek amerykańskiego redaktora nie jest odosobniony. Starych i niemodnych cnót – przyzwoitości, cierpliwości, uważności, owoców kindersztuby – brakuje bardzo w publicznym dyskursie. W każdym razie zachowują wartość (rosnącą!) słowa Seewalda sprzed czterech lat: „Bóg zatwierdził swojego sługę Josepha Ratzingera jako namiestnika Jezusa Chrystusa na ziemi. Jeśli istnieje Duch Święty, to Jego wskazówka jest niedwuznaczna i bezsporna. Brzmiała: od teraz wszyscy przeciwnicy wieloletniego Stróża Wiary, o ile traktują jeszcze poważnie swój katolicyzm, mają pewien problem”.
Diabeł nie ma kolan
Jak rozwiązać ten „pewien problem”, którego lwia część polega na tym, iż papieskie słowa (i w ogóle jakiekolwiek pasterskie) najzwyczajniej nie odpowiadają mojemu dotychczasowemu myśleniu i moim oczekiwaniom? Rzadko obecna w publicznym dyskursie jest postawa następująca (namawiam do niej siebie i wszystkich słuchaczy Słowa): może to, co słyszę, a co jest pod prąd mojego myślenia i życia, to sygnał z bardzo wysoka, sygnał, który ma mi pomóc zmienić mój sposób myślenia na inny, nowy, może dopiero teraz zgodny z wolą Boga? Może głosem Papieża upomina się o mnie sam Bóg? Może trzeba zgiąć kark i uklęknąć? Bo co to znaczy – dla mnie, dla nas – że Bóg dał nam na ten czas i na te problemy właśnie Benedykta XVI? Czyż metanoia (po grecku „nawrócenie”) nie oznacza „zmiany sposobu myślenia”? Pisząc te słowa, myślę głównie o sobie jako ich adresacie, ale też dedykuję je wszystkim. I piszę to bardzo szczerze.
Diabeł nie ma kolan. Taką metaforę (prawda, że śliczną?) zawiera opis portretu szatana zawarty w jednym z apoftegmatów Ojców Pustyni. Niezdolność klęczenia, zgięcia karku, okazuje się zatem istotą diaboliczności (wyczytałem to w pismach kardynała Ratzingera, a jakże). Świat, który zbudowaliśmy, cierpi na przerażający deficyt pokory. Pewien rodzaj buty i arogancji uchodzi wręcz za element prawdziwego wyzwolenia. Krytycyzm wobec Kościoła jako wyraz miłości Kościoła? Owszem, nieraz tak bywa, i również tą drogą Bóg dociera ze swoim Słowem do ludzkich serc. Ale warto przemyśleć tych kilka zdań sprzed 40 lat, zdań przyszłego Papieża: „Gdy krytyka Kościoła nabywa złośliwej goryczy, w gruncie rzeczy działa zawsze ukryta pycha, która dziś zaczyna się już stawać nagminna. (…) Ludzie prawdziwie wierzący nie przywiązują wielkiej wagi do walki o odnowę form kościelnych. (…) Kościół bowiem najbardziej jest nie tam, gdzie się organizuje, reformuje, rządzi, tylko w tych, którzy po prostu wierzą i w nim przyjmują dar wiary, stający się dla nich życiem. Tylko ten, kto doświadczył, jak – mimo zmiany swych sług i swych form – Kościół dźwiga ludzi, daje im ojczyznę i nadzieję, ojczyznę, która jest nadzieją: drogą do życia wiecznego, tylko ten, kto tego doświadczył, wie, czym jest Kościół, zarówno niegdyś, jak i obecnie”.
Jasne, że Kościół ma za co przepraszać Boga i ludzi, i Jan Paweł II około roku 2000 zrobił w tej kwestii niemało, pokornie i słusznie. Ale ostateczna prawda o grzechu i świętości Kościoła sięga prawdy mojego serca, i najtrafniej wyraża ją fragment mszalnej modlitwy o pokój: „Nie zważaj na grzechy nasze, ale na wiarę swojego Kościoła”. Ta modlitwa nieraz dziś przybiera formę przewrotną i brzmi w niejednych ustach tak: „Nie zważaj na grzechy Kościoła, ale na moją wiarę” – która to inwersja stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo dla prawdy, dla wiary, dla serca… O tym również uczy Benedykt XVI.
Nie jest sam
Chcieć cierpieć dla prawdy i miłości, nie wyć z wilkami, proponuje w „Jezusie z Nazaretu”. Jest w filmie Wieczyńskiego „Popiełuszko. Wolność jest w nas” scena, kiedy to ks. Jerzy, już zaszczuty i osaczony przez ubecję, przytula się w jakiejś ostatecznej samotności do pralki „Frania” i spazmatycznie szlocha. Genialna scena. Jeśli ktoś odważy się na tę skalę czystości i jednoznaczności sprzeciwić Złemu i złu – pozostanie najstraszliwiej samotny. Tak było z Jezusem. Myślę, że sytuacja duchowa Benedykta XVI jest – w swej istocie – analogiczna. Ale właśnie na takie okazje ma Papież swój ukochany cytat z pism średniowiecznego teologa Wilhelma z Saint-Thierry: „Kto jest z Bogiem, ten nigdy nie jest mniej samotny niż wtedy, kiedy jest sam”. I przypomina w „Spe salvi”, że współcierpiący z nami Bóg jest Pocieszycielem samotnych. Po łacinie „pocieszenie” to consolatio, czyli „bycie-razem w samotności”, która tym samym przestaje być samotnością. Bóg jest zawsze blisko, najbliżej. Tego Ci życzymy, Ojcze Święty. Bo i my, Twój Kościół, Twoja rodzina, nie jesteśmy daleko od Ciebie i Twojego krzyża. Wiedz o tym.
Subskrybuj:
Posty (Atom)