Blog prowadzony przez dwóch franciszkanow: o. Adama pracującego w Niemczech i o. Dariusza pracującego
w Polsce. Znajdują się tu ich przemyślenia na temat wiary i misji.

Strona domowa http://ad.minorite.cz/

sobota, 29 grudnia 2007

Bobry

Bobry, Dzienniczek, poziomki

Małgosia powiedziała: jedźcie na Mazury. Mam tam domek, nie byłam w nim wprawdzie 20 lat, ale może tam zamieszkacie. Zawiozła nas. Wylądowałyśmy w rezerwacie bobrów. Tylko z małymi torebeczkami i „Dzienniczkiem”. W domu czekała na nas niespodzianka: pościel, porąbane drewno do kominka. Przygotowała je (nie wiedząc o naszym przyjeździe) ciocia Małgosi. Przyjeżdżamy na parking, a tu z samochodu, wysiada jakiś mężczyzna i pyta: Mniszki, coście za jedne? Bo ja jestem ksiądz katolicki (śmiech). Już pierwszego dnia Bóg dał nam spowiednika. Siedziałyśmy każdego dnia przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie. Żyłyśmy z dnia na dzień. Jadłyśmy grzyby, maliny i poziomki. Mmmm – siostry oblizują usta.
– Ludzie spod Bolesławca odnaleźli nas i przysłali strasznie dużo ziemniaków. I komórkę, która okazała się potem opatrznościowa. Mieszkałyśmy na Mazurach kilka miesięcy. Do 17 sierpnia. Musiałyśmy wrócić do klasztoru, by podpisać dokumenty o założeniu nowego zgromadzenia: Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia. Ręka strasznie mi drżała, ale podpisałam. I wtedy zadzwonił kierownik duchowy: Czy siostry zwróciły uwagę na datę? – 17 sierpnia, co w tym dziwnego? – Przecież dokładnie rok temu Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu! Zatkało nas. Było dokładnie tak, jak mówił „Dzienniczek”: najpierw będzie święto, potem zgromadzenie. Nie wróciłyśmy już do bobrów. Urlop się skończył.

Siostry szukają ruiny

Zaczęłyśmy szukać domu. A miałyśmy bardzo surowe wymagania: po pierwsze miała to być ruina, bez okien i drzwi (Jezus powiedział, że siostry mają mieszkać tak, by nawet ubodzy im nie zazdrościli). Po drugie miało to być blisko kościoła. Po trzecie: w ołtarzu głównym świątyni miał być ukrzyżowany Jezus, Maryja, Jan i dodatkowo dwaj aniołowie. Nie ma co, ładne wymagania (śmiech). Tak pisała Faustyna. I tak musiało być. I kropka. Opisała każdy detal. Był jeden malutki problem: nie zostawiła adresu.
Dostawaliśmy wiele propozycji. Ze Lwowa, z Niemiec (ogromny klasztor), ze Stanów. Małgosia wywiozła nas na Zamojszczyznę. Dawała tyle hektarów, ile chciałyśmy. Roztocze, bajka. Mały domek w ruinie, zgadza się! A gdzie jest kościół? Osiem kilometrów stąd. – Oj, to nie tu. – Ale ja wam dołożę jeszcze samochód – prosiła. Odmówiłyśmy. Chyba się obraziła. Ale po roku zrozumiała, o co nam chodziło.
Jezu, szukaj dalej! I wtedy ktoś zadzwonił na komórkę. Piotr – nasz znajomy ksiądz z Rzymu. Pojechałyśmy z nim do naszego kierownika duchowego, księdza Franciszka Bogdana. Otworzył nam drzwi i z miejsca zapytał: A ksiądz, jak może im pomóc? Piotra zapowietrzyło: No nie wiem, wyjeżdżam do Rzymu, a jutro mam spotkanie z biskupem. Mogę coś wspomnieć – zaczął się tłumaczyć.. – Z jakim biskupem? – Łowickim, Alojzym Orszulikiem. I wtedy okazało się, że to bardzo dobry przyjaciel ks. Bogdana. Ale on nigdy sam do niego w naszej sprawie nie zadzwonił. Nie chciał niczego załatwiać po znajomości. Pokornie czekał, aż wypełni się czysta wola Boża.
Przyjeżdżamy do kurii. Trzy wystraszone siostry. A tu drzwi otwarte na oścież. Biskup, kazał otworzyć wszystkie, byśmy nie zabłądziły. Wyszedł, z miejsca zapakował nas do samochodu i wywiózł do Rybna.

Jota w jotę

Dom w ruinie, bez drzwi i okien, pokrzywy większe od nas. Zgadza się. Kościół tuż obok. Zgadza się – A pod jakim wezwaniem? – Świętego Bartłomieja. Zrzedły nam miny. – To chyba nie tu – szepnęłam biskupowi. Zobaczył nas miejscowy proboszcz. Zdziwił się widząc biskupa spacerującego po polu z trzema dziwnymi mniszkami. – A może siostry, wejdą do kościoła? – zaprosił. – Dobrze – odpowiedziałam, ale pomyślałam: Po co oglądać świętego Bartłomieja w głównym ołtarzu? Wchodzimy, a tu w centrum ukrzyżowany Jezus, Maryja, Jan. A nad nimi dwaj aniołowie. Ołtarz zamówił przed wojną jakiś dziedzic. Miał fanaberię, ściągnął go aż z Włoch. I to ten ołtarz ujrzała w swym proroctwie Faustyna.
– Co wtedy czułyście? Płakałyście? – pytam siostry Scholastyki, która jako jedyna może wychodzić na zewnątrz klasztoru. – Każda chyba coś innego. Ogarnął nas ogromny pokój – opowiada.
– Trafiłyśmy tu 29 września, w dzień Michała Archanioła. Przypomniałyśmy sobie, że Jezus obiecał Faustynie, że da nam właśnie Michała jako opiekuna. Hurra! Znalazłyśmy dom z „Dzienniczka”! Zamieszkałyśmy w zrujnowanej plebani. I ta nazwa: Rybno. Jak symbol chrześcijaństwa.
Mieszkamy tu już piąty rok. W centrum Polski, na skrzyżowaniu dróg północ–południe, wschód–zachód. A czerwone welony? To kolor męczeństwa, krwi. Faustyna dokładnie napisała, co nas czeka: prześladowanie, niezrozumienie, cierpienie.

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Padre! Dawno nie bylo mi dane czytac czegos tak zapierajacego dech w piersiach! Dziekuje! - r

Maciek pisze...

WOW! Niesamowita historia!
Bardzo dziękuję za to, że ojciec wrzucił ją na bloga.

Marek pisze...

Miejsce też jest niesamowite. Byłem tam pierwszy raz ponad rok temu. Od tamtego czasu zaglądam dość często. Warto odwiedzić, polecem....Rybno koło Sochaczewa

Anonimowy pisze...

Miejsce jest szczególne. Często tam zaglądam. Polecam... Rybno koło Sochaczewa

Wanda pisze...

Ciesze sie że trafiłam to przez przypadek. Pękna historia, szkoda że nie wiedziałam dotąd o takim wyjatkowym miejscu. Może uda mi sie je kiedyś odwiedzić.